Ekstra
Magazyn
Ekstra Magazyn

Najlepsze teksty z całej Polski, w każdy piątek dla wszystkich prenumeratorów Cyfrowych. Poznaj Ekstra Magazyn

Także w Białym Domu Prezydenci załatwiali rodzinie robotę

Czytaj dalej
Fot. East News
Ben Macintyre, „The Times”

Także w Białym Domu Prezydenci załatwiali rodzinie robotę

Ben Macintyre, „The Times”

Faworyzowanie członków własnej rodziny jest zjawiskiem tak starym, jak sama polityka. Można go spotkać w każdym kraju. Wolny od niego nie był nawet Watykan

W 1887 r. markiz Salisbury i jednocześnie premier Wielkiej Brytanii Robert „Bob” Gascoyne-Cecil mianował swojego siostrzeńca Arthura Balfoura na niezwykle prestiżowe stanowisko głównego sekretarza Irlandii. W owym czasie stanowiło ono rodzaj odpowiednika funkcji szefa rządu. Nominacja nie wywołała żadnego oburzenia. I to mimo że według powszechnej opinii nie miał on odpowiedniego wykształcenia do sprawowania urzędu, którego nie uzyskałby bez protekcji wuja.

Jednak zostawiło to niezatarty ślad w języku. Gdy chcemy powiedzieć, że coś osiągnięto bez odpowiedniego wysiłku, używamy sarkastycznego określenia, które w dosłownym tłumaczeniu brzmi: „Bob jest twoim wujem”, oznacza „i tyle” czy „ciach-mach i po wszystkim”.

Termin „nepotyzm” - z łacińskiego „nepos” (wnuk, potomek) - sięga korzeniami Watykanu. Przyjmujący śluby czystości papieże nie mieli synów. Na wysokie stanowiska mianowali więc swoich siostrzeńców i bratanków. Niektórzy posuwali się w tym naprawdę daleko, dla przykładu Paweł III (zasiadał na papieskim tronie w latach 1534-1549) na kardynałów mianował dwóch swoich bratanków, z których jeden miał 14, a drugi 16 lat. Tego typu praktyki w Watykanie skończył dopiero specjalną bullą papież Innocenty XII w 1692 r.

Jednak nepotyzm jest tak stary jak świat polityki. To funkcja posiadania władzy, gdzie sprawujący ją w sposób naturalny zwraca się ku ludziom „własnej krwi”. Dlaczego? Bo wie, że może im całkowicie ufać w kwestii spełniania jego życzeń. Zajmują oni stanowiska nieco oddzielne - i wyżej położone w hierarchii - niż inni oficjele. To zjawisko jest najbardziej widoczne w dyktaturach - choćby w Korei Północnej, gdzie władza przechodzi z ojca na syna, czy w komunistycznej Rumunii, gdzie rządy sprawował Nicolae Ceaușescu z całą swoją rodziną - ale także w krajach demokratycznych występuje na tyle często, że nie da się mówić o wyjątku od reguły uczciwości i przejrzystości.

W wywiadzie udzielonym Larry’emu Kingowi w 2006 r. Donald Trump oświadczył wprost: „Lubię nepotyzm”. Dla przypomnienia - chodzi o rok, w którym zastąpił on jednego z członków jury prowadzonego przez siebie teleturnieju „The Apprentice” własną córką Ivanką. Dziś jako prezydent Trump z jeszcze większym naciskiem podkreśla swoją stronniczość w kwestii własnej rodziny - zarówno Ivanka, jak i jej mąż Jared Kushner są obecnie jego głównymi doradcami.

Franklin D. Roosevelt zatrudnił syna Jamesa jako swego doradcę. Szybko zaczęto o nim pisać: zastępca prezydenta
Amerykański prezydent Ulysses Grant zatrudniał w amerykańskiej administracji członków swojej rodziny

W 1967 r. Stany Zjednoczone przyjęły ustawę zakazującą nepotyzmu. Na jej mocy żaden urzędnik z agencji, w której pracuje lub nad którą sprawuje nadzór czy jurysdykcję, nie może zatrudniać ani awansować swojego krewnego. Jednak administracja Trumpa - ściślej: Departament Sprawiedliwości - dowodzi, że zasada ta nie dotyczy Białego Domu i wskazuje, że przecież oboje małżonkowie nie pobierają wynagrodzenia. A zatem ich zatrudnienie nie narusza federalnych przepisów o nepotyzmie.

Pod koniec kwietnia Ivanka wzięła w Berlinie udział w panelu, podczas którego rozmawiano o wspieraniu kobiet w biznesie. Zgromadzeni na sali niemieccy słuchacze przywitali ją buczeniem. Wystąpiła też na konferencji u boku Angeli Merkel. Jednak zaproszenie przez kanclerz Niemiec tej najbardziej kontrowersyjnej mianowanej przez Trumpa osoby może w dłuższej perspektywie okazać się nader zręcznym posunięciem.

Historia amerykańskich prezydentur dowodzi, że nastawienie opinii publicznej do tego, co postrzega ona jako nepotyzm, jest elastyczne. Wzorzec jest prosty: jeśli krewny wybrany na dane stanowisko władzy sprawdza się w swojej pracy, to wybór taki nie tylko się toleruje, ale też pochwala.

Jeśli jednak dana osoba zawodzi lub w nieuczciwy sposób korzysta ze swojej funkcji, szkodliwe skutki takiej postawy odczuje w sposób natychmiastowy, rujnujący jej karierę i trwały. Trump nie jest sam w swojej sympatii dla nepotyzmu. Większość jego poprzedników również wybierała swoich krewnych na wysokie stanowiska. Drugi amerykański prezydent John Adams mianował własnego syna Johna Quincy’ego Adamsa ministrem pełnomocnym w Prusach. Zięcia - nadzorcą w kwestii ceł, a szwagra - w dziedzinie druku państwowych znaczków pocztowych. Ten drugi szybko jednak popadł w zapomnienie, bo - jak wiadomo - upodobanie do filatelistyki prowadzi donikąd.

Dalej dowiesz się:

- którzy prezydenci USA zatrudniali najwięcej krewnych w Białym Domu

- dlaczego JFK był najbardziej potępiany za napotyzm

- jakie kłopoty miał Roosvelt po zatrudnieniu syna w Białym Domu

Artykuł dostępny wyłącznie dla prenumeratorów

Kup abonament i otrzymaj:

  • dostęp do tego artykułu i wszystkich treści Naszej Historii,
  • najlepsze teksty dziennikarzy Polska Press Grupy,
  • artykuły, reportaże, wywiady i multimedia,
  • nieograniczony dostęp do archiwum.
Kup dostęp
Masz już konto? Zaloguj się
Ben Macintyre, „The Times”

naszahistoria.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2017 Polska Press Sp. z o.o.

Monitorujemy anonimowo aktywność na stronie, korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.