Ekstra
Magazyn
Ekstra Magazyn

Najlepsze teksty z całej Polski, w każdy piątek dla wszystkich prenumeratorów Cyfrowych. Poznaj Ekstra Magazyn

Lisa Hilton, pisarka, „The Times”

Paryż. Miasto seksu i namiętności

Paryż. Miasto seksu i namiętności
Lisa Hilton, pisarka, „The Times”

Seks jest w stolicy Francji obecny wszędzie. Brytyjska pisarka Lisa Hilton w bardzo osobistym artykule pisze, w jaki sposób uczyła się w Paryżu sztuki miłości od Francuzów

Kobieta stoi wyprostowana na niskiej sofie. Ręce unosi wysoko nad głową. Obie dłonie umieszcza w zwisającej z sufitu skórzanej pętli. Mocno przyćmione światła, ale dostrzegam, że ma na sobie tylko odsłaniającą większość piersi bardotkę.

Jej skóra świeci bladym blaskiem na tle koronki. Przynajmniej ten jej fragment, który widzę, bo gdy już niemal podwieszona wykonuje lekkie obroty, większą część jej ciała zasłaniają dwaj dotykający ją mężczyźni. W pomieszczeniu znajdują się też inni ludzie - rozciągnięci na niskich łożach. Pary, trójkąty i pojedynczy widzowie tacy jak ja. Jednak to na kobiecie skupia się cała nasza energia. Jej poza jest zarówno wyzywająca i śmiała, jak i wspaniale teatralna. Zanim - przeżywając orgazm - odrzuci do tyłu głowę, powiedzie wzrokiem po widzach z szerokim i rozpływającym się uśmiechem. To uśmiech lwicy. Wygląda jak bogini.

Witajcie w świecie seksu w paryskim stylu!

To superdyskretnie położone w zamożnej i eleganckiej II dzielnicy stolicy Francji miejsce znalazło się na czołówkach gazet, gdy okazało się, że zaglądał doń skompromitowany polityk i były szef Międzynarodowego Funduszu Walutowego Dominique Strauss-Kahn. On sam popadł w niesławę, ale pogardliwe podejście Francuzów do zaglądania pod kołdrę postaciom publicznym zawsze oznaczało jedno - nawet szampańskie życie miłosne nie stanowi przeszkody w udanej karierze politycznej.

Tuż po wygraniu wyborów w 1974 r. Valéry Giscard d’Estaing przeżył wyjątkowo pechową sytuację. Gdy rankiem odwoził do domu pewną kobietę - dodajmy: nie żonę - prezydenckie auto przypadkiem wpadło na furgonetkę rozwożącą mleko. Myślisz, że spadły nań gromy. Nic podobnego. Jego popularność w sondażach gwałtownie wzrosła. Najwyraźniej Francuzki doceniły rycerską postawę prezydenta odwożącego swoją damę.

François Mitterrand, co było tajemnica poliszynela, dzielił swoje życie prywatne z kochanką, historyczką sztuki Anne Pingeot. Miał z nią też - o czym jednak nie wiedziano aż do jego śmierci - córkę Mazarine. Już podczas sprawowania urzędu François Hollande zostawił swoją partnerkę Valérie Trierweiler dla młodej aktorki Julie Gayet. Rozstanie z pierwszą z pań pozwoliło mu - przedtem Valérie sprzeciwiała się tej nominacji - mianować ministrem swoją byłą towarzyszkę życia i matkę ich czworga dzieci Ségolène Royal. Ale nawet wtedy francuska opinia publiczna nadal nazywała go „Panem Normalnym”.

Nicolas Sarkozy również nie stanowił wyjątku. Swoją żonę Cecilię zastąpił w Pałacu Elizejskim byłą supermodelką i piosenkarką Carlą Bruni. Ta wcześniej zostawiła swojego partnera filozofa Jeana-Paula Enthovena dla jego syna Raphaëla, z którym miała dziecko. Ten drugi był w tym czasie mężem Justine Levy, córki Bernarda-Henriego Levy’ego - gwiazdy mediów i powszechnie szanowanego myśliciela uważanego za skarb narodowy Francji. Ironią losu jego najlepszym przyjacielem był właśnie ojciec Raphaëla. Nadążacie? To nie koniec. Justine Levy opublikowała powieść „Nic takiego” opowiadającą o rozpadzie i końcu związku. Prawda, opinia publiczna z upojeniem śledziła intrygę, ale w żaden sposób nie zaszkodziła ona popularności samego Nicolasa Sarkozy’ego.

Nie wszyscy francuscy politycy są - jakkolwiek by to brzmiało - wierni narodowej reputacji wspaniałych kochanków. Biedny Jacques Chirac dopuścił się cudzołóstwa w sposób tak pozbawiony stylu i klasy, że zasłużył na pogardliwe miano faceta, któremu „wystarcza pięć minut łącznie z prysznicem”. Ale jak wielu Brytyjczyków sama wciąż hołubię kulturowe założenie, że gdy chodzi o kwestie erotyczne, Francuzi „robią to lepiej”.

Por raz pierwszy w życiu pocałowałam się, gdy miałam 14 lat - z francuskim chłopakiem podczas obozu w ramach wymiany międzyszkolnej. Moja klasa spędziła ciągnący się w nieskończoność i krępujący swobodę tydzień z korespondencyjnymi przyjaciółmi w wyjątkowo nudnym miasteczku położonym w Masywie Centralnym. Wszyscy liczyliśmy dni do zapowiedzianej na ostatnią noc dyskoteki, gdzie naszym jedynym celem było znaleźć kogoś do całowania. Mój wybranek miał motorower i po męsku pachniał szlugami. Podarował mi swoją skórzaną bransoletę z wyrytymi na niej naszymi imionami. Prawdziwa miłość bez dwóch zdań! Jak wszystkie moje koleżanki rozpaczliwie szlochałam przez całą drogę powrotną autokarem do Calais.

Podczas studiów uniwersyteckich zrozumiałam, że Anglicy naprawdę nie są z mojej bajki. I to nawet wtedy, gdy zdążę już wyjaśnić jednemu czy drugiemu, że łechtaczka to nie miejsce, którym kiedyś zarządzał jego pradziadek. Dwa lata spędzone ze wspaniałym francuskim partnerem przekonały mnie, że Francuzi rzeczywiście wiedzą coś o seksie oralnym. Ten nauczył mnie techniki, którą później opisałam w książce. Wystarczy wspomnieć, że do dziś otrzymuję mejle od wdzięcznych czytelniczek. Nigdy jednak nie zapomniałem o swoim obozowym romansie. Przez lata trzymałam numer telefonu tamtego chłopaka.

I gdy już jako dorosła kobieta mieszkałam w Paryżu, odnalazłam go. Służył we Francuskiej Żandarmerii Narodowej. Spędziliśmy długie i niezwykle radosne popołudnie w Aubervilliers, gdzie kwaterował, chociaż nie miałam aż na tyle odwagi, by prosić go, aby pozostał w mundurze. Gdy skończyliśmy, zapytał, czy było mi dobrze. „Qui” - odparłam poważnie, a po chwili pieczołowicie odmieniłam - „Je suis arrivée”. O mało nie spadł z łóżka ze śmiechu, ale - wracając do miasta - miałam poczucie, że w końcu dojrzałam jako kobieta.

Może wszyscy mamy w życiu jakieś szczególne miasto, którego duch zbiega się z psychologią szczególnej chwili, tworząc niezapomnianą nić wzajemnego zrozumienia. Sama z pewnością nie dorastałam w kulturze represjonującej seks. Czułam się blisko kulturowego fenomenu lat 90. i początku tego wieku o nazwie Girl Power oraz luzackiego rozkwitu ruchu młodych niezależnych kobiet. Ale w równy sposób nie przemawiał do mnie swingujący Londyn lat 90., co jego moda na brązowe szminki. Seks był - sądzę, że wciąż jest - czymś, do czego Anglosasi nie potrafią podejść radośnie czy frywolnie. Pozostajemy chichoczącymi purytanami zgorszonymi własną ewentualną śmiałością.

Artykuł dostępny wyłącznie dla prenumeratorów

Kup abonament i otrzymaj:

  • dostęp do tego artykułu i wszystkich treści Naszej Historii,
  • najlepsze teksty dziennikarzy Polska Press Grupy,
  • artykuły, reportaże, wywiady i multimedia,
  • nieograniczony dostęp do archiwum.
Kup dostęp
Masz już konto? Zaloguj się
Lisa Hilton, pisarka, „The Times”

naszahistoria.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2017 Polska Press Sp. z o.o.

Monitorujemy anonimowo aktywność na stronie, korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.