Ekstra
Magazyn
Ekstra Magazyn

Najlepsze teksty z całej Polski, w każdy piątek dla wszystkich prenumeratorów Cyfrowych. Poznaj Ekstra Magazyn

Oko za oko, ząb za ząb. Żydowscy egzekutorzy z Armii Krajowej

Czytaj dalej
Fot. Simon Lavee Collection
Wojciech Rodak

Oko za oko, ząb za ząb. Żydowscy egzekutorzy z Armii Krajowej

Wojciech Rodak

Żydzi z rejonu Lubaczowa stracili najbliższych z rąk Ukraińców i Niemców. W partyzantce szukali szansy na przetrwanie i zemstę. Do boju prowadził ich Edmund Łukawiecki

Był środek nocy późnym latem 1943 r. Przez pola w okolicach Jaworowa, miasteczka położonego przeszło 50 km na zachód od Lwowa, maszerowała gęsiego grupa kilkunastu osób. Byli ubrani w wysłużone mundury wszystkich armii, jakie przetoczyły się przez ten region Polski od początku wojny. Większość z nich posiadała broń, a inni pewnie dzierżyli jedynie drewniane atrapy karabinów i pistoletów - miały one stwarzać wrażenie, że grupa dysponuje potężną siłą ognia. Przewodził im bardzo wysoki i chudy mężczyzna w oficerkach i z karabinem na ramieniu. Szedł żwawym krokiem, czasem oglądając się za siebie. Nazywał się Edmund Łukawiecki. Dowodził powiązanym z Armią Krajową oddziałem partyzanckim złożonym, poza dwoma Polakami, tylko z ocalałych z Zagłady Żydów.

Tej nocy partyzanci wędrowali, by z ramienia Państwa Podziemnego wykonać egzekucję na szefie ukraińskiej policji pomocniczej z Jaworowa i na całej jego rodzinie. Wyrok był represyjny, ponieważ niemiecki kolaborant miał na sumieniu ciężką zbrodnię. Kilka dni wcześniej doniesiono mu, iż pewna polska rodzina z jednej wsi nieopodal miasteczka ukrywa na swojej farmie Żydów. Ukraińcy przeszukali podejrzany dom i znaleźli dwie żydowskie dziewczynki. Rozstrzelano je od razu. Potem, po splądrowaniu całego obejścia, policjanci zabrali całą polską rodzinę do Jaworowa. Następnego dnia całą familię - małżeństwo z pięciorgiem dzieci i babcią - rozstrzelano na środku rynku. Wieść o mordzie błyskawicznie dotarła do lokalnych władz podziemia. Drastyczny wyrok miał być wyraźnym sygnałem dla ukraińskich kolaborantów, żeby zastanawiali się dwa razy, zanim podniosą rękę na Polaków.

Dom komendanta znajdował się na przedmieściach Jaworowa, blisko stacji kolejowej. Gdy partyzanci otoczyli siedlisko, Łukawiecki zaczął wykrzykiwać do nich rozkazy. „Władek, szturmuj z kompanią farmę! Zygmunt, weź swoich ludzi i chodź ze mną do domu! Marek, weź konnych i zablokujcie bramę!” - darł się na całe gardło, podczas gdy jego podkomendni biegali w tę i z powrotem, robiąc jak najwięcej rabanu. Kilku nawet strzelało w powietrze. Powstał nieopisany rwetes. W ten sposób leśni chcieli wywołać wrażenie dużo większego oddziału, niż w rzeczywistości stanowili, żeby zniechęcić ukraińskich policjantów do odsieczy i pościgu.

Partyzanci sforsowali przy pomocy belki bramę obejścia i otoczyli dom. Łukawiecki kopnął drzwi wejściowe i wpadł do środka. Tuż za nim podążyło kilku jego ludzi. „Nie ruszać się!” - krzyknął, celując karabinem w białe sylwetki majaczące w ciemnościach. Gdy wzrok przyzwyczaił się do mroku wnętrza chaty, ujrzał kobietę w białej koszuli nocnej, którą otaczała trójka dzieci. Na środku chaty, w samej bieliźnie, stał mężczyzna. To był komendant policji. Ośmielony tym, że nie zastrzelono go od razu, zaczął się tłumaczyć.

Czego ode mnie chcecie? Ja nigdy nie zrobił nic złego Polakowi. Ja...

- mówił płaczliwym tonem. „Dawaj broń i jedzenie!” - gwałtownie przerwał mu Łukawiecki po ukraińsku.

Na to żona komendanta zaczęła krzyczeć, że nie mają nic i zaniosła się spazmatyczny szlochem. Zawtórowały jej wystraszone dzieci. Partyzant stracił cierpliwość i walnął kobietę na odlew w twarz.

Zamknij mordę albo was wszystkich pozabijam!

- groził. Cisza zapadła momentalnie. Komendant policji kazał Łukawieckiemu pójść za sobą. Oddał mu dwa niemieckie karabiny, kilka rewolwerów, zapas amunicji i granatów. Potem pokazał wejście do spiżarni. Leśni wynieśli z niej tyle jedzenia - ziemniaków, mięsa, jajek i mąki - ile tylko mogli unieść.

Następnie całą rodzinę komendanta zebrano w głównej izbie. Chana Bern, jedyna kobieta w oddziale, i Berish Brand kolejno zabijali wszystkich domowników strzałami w głowę. Po chwili partyzanci opuścili dom, podpalając go w kilku miejscach, i ruszyli na zachód, ku swojej leśnej kryjówce, położonej kilkadziesiąt kilometrów na zachód od Jaworowa. Forsowali tempo. Dzwony w cerkwi zaczęły już bić na alarm. Pościg mógł wyruszyć lada chwila.

Tak działał oddział żydowskich mścicieli, chyba jedyny taki w szeregach Armii Krajowej. Nie powstałby bez siły i charyzmy Edmunda Łukawieckiego, polskiego Żyda z patriotycznej rodziny. Oto jego tragiczne losy.

Prawie w Palestynie

Rodzina Łukawieckich, jeszcze wtedy pod nazwiskiem Cohen, przybyła na teren Galicji z Niemiec w XIX stuleciu. U progu XX w. ród ten podzielił się. Jedna część familii pozostała wierna tradycji żydowskiej, a potem wyemigrowała do Palestyny. Druga - wyraźnie zdystansowała się do religii przodków i ciążyła ku kulturze polskiej. Ojciec Edmunda, Józef, należał do „Strzelca”, a potem był oficerem legionów i armii polskiej, zasłużonym w bojach o odrodzenie Rzeczypospolitej. Miłość do ojczyzny starał się przekazać swoim dzieciom. W jego domu posługiwano się językiem polskim, a lekturami obowiązkowymi były dzieła Sienkiewicza i Mickiewicza.

Józef Łukawiecki, tak jak jego ojciec, był majętnym inżynierem gorzelnikiem. Posiadał kilka wytwórni wódek w rejonie Lubaczowa, a także tartak i inne pomniejsze interesy. Mieszkał wraz z żoną i pięciorgiem dzieci w pięknej kamienicy w centrum Lwowa. Tutaj właśnie wychowywał się urodzony w 1920 r. Edmund.

Mundek, bo tak nazywali go najbliżsi, od zawsze był charakterny i podążał własną drogą. Czuł się Polakiem. Oprócz polskiego znał także perfekcyjnie niemiecki, ukraiński i rosyjski, ale nie umiał się posługiwać ani jidysz, ani hebrajskim. Co prawda ukończył żydowską podstawówkę, ale jako szkołę średnią wybrał sobie słynne polskie VIII Gimnazjum im. Kazimierza Wielkiego. Niestety, nie ukończył go. Na każdą antysemicką zaczepkę uczniów gojów odpowiadał fizyczną agresją, a ponieważ był wysoki i wysportowany, niejednokrotnie „dawał wycisk” prowokatorom. Jedna z takich bójek skończyła się interwencją policji. Uznano, że miarka się przebrała. Dyrekcja placówki postanowiła go wydalić. Mundek wylądował w szkole handlowej. Uczył się na księgowego, ale jego prawdziwą pasją była fotografia. Skrycie marzył, by zamiast robienia zestawień i bilansów otworzyć kiedyś własne atelier. Wszystkie jego plany legły w gruzach, gdy we wrześniu 1939 r. III Rzesza zaatakowała Polskę.

Warto wspomnieć, że rodzina Łukawieckich mogła uniknąć tragedii, jaką szykował im los. W 1937 r. kuzyn mieszkający w Palestynie, widząc poczynania Hitlera, namawiał ich na emigrację. Józef Łukawiecki uległ jego argumentom. Zlikwidował swoje interesy w Polsce i załatwił całej rodzinie pozwolenia na osiedlenie się w mandacie palestyńskim. Na początku 1938 r. familia miała wyruszyć ze Lwowa w podróż na Bliski Wschód. Jednak już na dworcu leciwa matka Józefa oznajmiła, że się rozmyśliła i że chce zostać w Polsce, a nie umierać w jakiejś „pustynnej krainie, gdzie wyją szakale”. Była uparta i nieprzejednana. Ostatecznie przekonała całą rodzinę do zmiany planów i pozostania w Polsce. Łukawieccy szybko odbudowali swoje dawne życie w Galicji Wschodniej. Niestety, jak się później okazało, była to decyzja fatalna w skutkach.

W konspiracji

Pod koniec września 1939 r. Lwów został zajęty przez Sowietów. Cała Galicja Wschodnia znalazła się pod okupacją czerwonych. Łukawieccy z dnia na dzień stali się bankrutami. Komuniści znacjonalizowali ich wszystkie gorzelnie i tartak. Mimo to rodzina jakoś wiązała koniec z końcem, wyprzedając nagromadzone precjoza i ruchomości.

Latem 1940 r. do domu Łukawieckich niespodziewanie zawitał 41-letni Józef Kulpa spod Lubaczowa, przedwojenny kontrahent i przyjaciel głowy rodziny. Okazało się, że działa w konspiracji. Polak, za pozwoleniem Józefa, wciągnął Mundka do siatki Związku Walki Zbrojnej (ZWZ). Część organizacji działająca w strefie sowieckiej, wyniszczona terrorem NKWD, potrzebowała właśnie takich młodych i sprytnych ochotników.

Przez parę kolejnych miesięcy Mundek z rzadka bywał w rodzinnym domu. Przebywał głównie na niemiecko-sowieckim pograniczu w rejonie Lubaczowa, który znał jak własną kieszeń. Szmuglował przez granicę drukowany w Generalnej Guberni periodyk ZWZ pt. „Czyn”, a następnie rozpowszechniał go wśród Polaków w sowieckiej strefie. Z powierzonego zadania wywiązywał się znakomicie - potrafił zachować zimną krew, zręcznie lawirował między gęstymi patrolami granicznymi. Wkrótce musiał podołać większym wyzwaniom.

Partyzant

22 czerwca 1941 r. Niemcy zaatakowały Sowietów. Lwów został zajęty błyskawicznie przez Wehrmacht, w którego szeregach znajdowały się oddziały kolaboracyjne ukraińskich nacjonalistów. Najeźdźcy od razu zabrali się do „ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej”. Einsatzgruppen, podążając tuż za frontem, rozstrzeliwały dziesiątki tysięcy Żydów. W samym Lwowie położenie ludności wyznania mojżeszowego stawało się nie do zniesienia. W lipcu Ukraińcy zorganizowali barbarzyński pogrom na ulicach miasta, w którym zamordowano kilka tysięcy ludzi. Terror nie ominął rodziny Łukawieckich. Mundek i jego brat Zygmunt trafili na prawie dwa miesiące do obozu pracy w Sokolnikach. Od pewnej śmierci uratował ich ojciec, który przez lwowski Judenrat zapłacił Niemcom kilkaset dolarów łapówki za uwolnienie chłopców. We wrześniu obaj młodzieńcy wrócili do domu.

Wtedy rodzina uznała, że wszyscy będą mieli większe szanse przetrwania, jeśli wyjadą na wieś. Dlatego też jesienią 1941 r. przedostali się ze Lwowa do Ostrowca pod Lubaczowem, gdzie mieszkała jedna z babć Mundka. Podróż przebiegła szczęśliwie, jednak niedługo potem Łukawieckich spotkała wielka tragedia. Dwaj bracia konspiratora - Zygmunt i Rafael - zostali schwytani przez Niemców i rozstrzelani.

Część oddziału Edmunda Łukawieckiego latem 1944 r. Od lewej: Ludwik Żegowski, Władek, Berish Brand, Anshel Bogner, niezidentyfikowany osobnik, Mundek
Simon Lavee Collection Chana Bern w 1943 r. Nigdy nie rozstawała się ze swoją parabelką

W październiku 1941 r. Mundek odnowił kontakty z ZWZ. Trafił w szeregi partyzantki, która nieśmiało zaczynała operować w Lasach Janowskich i Puszczy Solskiej. Został uroczyście zaprzysiężony, a także otrzymał mundur i czeski karabin. Znany był pod pseudonimem Łuk. W całej kompanii, ze względu na panujące w niej nastroje, o jego żydowskim pochodzeniu wiedział tylko dowódca Marian Zuchowski.

Łukawiecki działał w tym oddziale aż do wiosny 1943 r. W tym czasie nauczył się sztuki przetrwania w lesie. Brał udział w licznych akcjach sabotażowo-dywersyjnych przeciwko Niemcom i ukraińskim policjantom, podczas których dał się poznać jako nieustraszony żołnierz. Uczestniczył w partyzanckiej kampanii, jaką przeciwko akcji wysiedleń Polaków na Zamojszczyźnie podjęła Armia Krajowa. W międzyczasie spotkała go kolejna osobista tragedia.

Dalej dowiesz się:

- o tym dlaczego Łukawiecki musiał opuścić swój dawny akowski oddział

- jak powstał i działał żydowski oddział likwidacyjny

- o pracy Łukawieckiego w służbach PRL 

Artykuł dostępny wyłącznie dla prenumeratorów

Kup abonament i otrzymaj:

  • dostęp do tego artykułu i wszystkich treści Naszej Historii,
  • najlepsze teksty dziennikarzy Polska Press Grupy,
  • artykuły, reportaże, wywiady i multimedia,
  • nieograniczony dostęp do archiwum.
Kup dostęp
Masz już konto? Zaloguj się
Wojciech Rodak

naszahistoria.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2017 Polska Press Sp. z o.o.

Monitorujemy anonimowo aktywność na stronie, korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.